Gdy Adam napisał, że z ekipą planują mały "pakuj rower" stosunkowo niedaleko w górach zacząłem sobie wyobrażać pomarańczowe zachody słońca na szczytach, mgliste jeziora o poranku, na które patrzylibyśmy z góry popijając kawę. No i prawie wszystko się spełniło. Kawę piliśmy, słońce tylko zmieniło się w deszcz, mgły były, przez co prawie nic nie było widać, a na noclegach wiało tak, że chowaliśmy się z naszymi legowiskami w najmniej widokowych zakamarkach. Jednak klimatu nie zabrakło. Drzewa powoli strojące się w jesień wyglądały niesamowicie. Mgła, gdy się nieco rozrzedzała wprowadzała niesamowity klimat. Zjeżdżaliśmy/ schodziliśmy przemoczeni, podjeżdżaliśmy/wchodziliśmy przepoceni. Ostatecznie skończyliśmy totalnie mokrzy, nawet moje nieprzemakalne skarpety się poddały, ale uśmiechy nie schodziły z twarzy. Były salamandry, deszcz, upadki, lewitujący rower, "rykowisko", wyśmienite cynamonki, sowy, więcej deszczu, szkolenie z łatania opon, mosty, stare wiatraki, naprawdę dużo rozmów o rowerach, zdjęciach i o tym, że chyba przestało padać. Świetna zabawa. Jeśli miałbym marudzić to na to, że zaszczepiono we mnie chęć na posiadanie roweru Kona Unit X, albo czegoś podobnego :P
Dzięki chłopaki, bawiłem się przednio :)






























































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz