Nie wiadomo czy to całe potygodniowe zmęczenie, czy to niespodziewany ukrop, czy może podejrzanie kwaśne bezalko, czy zbieg tego wszystkiego w jednym czasie, ale to była najcięższa runda na przenocke w tym roku. Komfort wyrzuciliśmy do kosza razem z plastikowym kubkiem w Beach Barze, a moc utopiła się w leśnych piachach. Śmieszne snopkowe postacie nie ratowały sytuacji i nawet asfaltowe zjazdy nie pomagały. Z pomocą przyszedł wiejski sklepik, pierwszy otwarty, gdzie uzupełniliśmy łakocie, które schrupaliśmy przy kawie. Zachodzące słońce również sprzyjało i drugą cześć wycieczki jakoś się jechało. Nie za szybko, ale z ładnymi widokami. Na miejscu lokalsi i chłodna woda. Lokalsi pojechali gdy się zciemniło, do nas dołączył Jędrzej i wspólnie podziwialiśmy gwiezdny pokaz. Cały rój gwiazd, satelity, kilka perseidów. Pięknie. Rano obudził deszcz stukający o tarpy. Wyczekaliśmy przerwy na kawe, pakowanie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem skracając koleją ;)

































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz